Przez ponad 20 lat byłem po obu stronach stołu w e-commerce. Jako dostawca — budowałem sklepy, aplikacje i platformy dla marek. Jako klient — odpowiadałem za sprzedaż, ofertę i wynik. To dwie zupełnie różne perspektywy na ten sam projekt.
Klient patrzy na wynik. Dostawca patrzy na system.
Kiedy siedzisz po stronie biznesu, sklep to narzędzie do jednego: sprzedaży. Liczy się konwersja, marża, czas do uruchomienia promocji, to czy kategoria „ładnie się sprzedaje". Technologia jest środkiem, nie celem.
Kiedy siedzisz po stronie software house'u, ten sam sklep to system: architektura danych, integracje, wydajność, dług techniczny, utrzymanie. Rzeczy, których klient nie widzi — a które decydują, czy za rok da się cokolwiek zmienić bez przepisywania połowy platformy.
Gdzie się mijają
- „Drobna zmiana". Dla klienta — przesunięcie przycisku. Dla dostawcy — zmiana w czterech miejscach i ryzyko regresji. Obie strony mają rację, tylko patrzą z innego poziomu.
- Priorytety. Klient chce funkcji „na wczoraj" pod kampanię. Dostawca wie, że bez fundamentu ta funkcja będzie się mściła przez rok.
- Definicja „gotowe". Dla klienta — działa na produkcji. Dla dostawcy — działa, jest przetestowane i da się utrzymać.
Jak to pogodzić
Najlepsze projekty, które widziałem, miały jedną wspólną cechę: ktoś tłumaczył jedną perspektywę na drugą. Zamieniał „chcę, żeby ładniej sprzedawało" na konkretne wymaganie techniczne — i odwrotnie, tłumaczył „dług techniczny" na język pieniędzy i ryzyka.
To jest dokładnie rola, którą lubię najbardziej: stać w środku. Rozumieć, że po jednej stronie jest wynik sprzedażowy, a po drugiej system, który ma go dowieźć — i sprawić, żeby obie strony grały do jednej bramki.
Bo sklep internetowy nie jest ani „projektem IT", ani „kampanią marketingową". Jest produktem — a produkt żyje tylko wtedy, gdy technologia i biznes rozumieją się nawzajem.